Po noclegu w kamieniołomie w Hercegkút ruszyliśmy w stronę Rumunii. Najpierw wypatrzyliśmy jezioro Vekeri-Tó koło Debreczyna. A właściwie miejsce, w którym jezioro kiedyś najwyraźniej było. Pozostały po niej malownicze podesty i typowo wodna roślinność. Woda uznała, że nie będzie na nas czekać i wyparowała była.
Później obiad, który zrobiliśmy sobie nad rzeką w Fughiu. Tam, gdzie nocowaliśmy już 2 razy przy poprzedniej wizycie w Rumunii. Różnica była taka, że ostatnio towarzyszyły nam owce, konie i kozy i zaglądające nam ciekawie do namiotu krowy. Tym razem zwierzęta zrobiły sobie dzień wolny. Zastąpiła je bryczka przejeżdżająca przez rzekę i chłopaki na quadzie.
Po drodze wypatrzyliśmy stoisko z arbuzami. I kiedyśmy już mieli dokonać zakupu, portfel przypomniał nam, że wakacyjny budżet też ma swoje granice. A dokładniej mówiąc, nie mieliśmy tyle gotówki. Na szczęście Rumuni bardzo lubią dzieci, więc kiedy sprzedawczyni zobaczyła Frankę, podarowała jej melona. Nie chcieliśmy wziąć, ale uparła się, że to prezent i koniec dyskusji. Cóż było zrobić? Wzięliśmy.
Obóz rozbiliśmy nad samą rzeką w miejscowości Urseni. Brzmi jak katalog biura podróży, prawda? Szkoda tylko, że niski poziom wody sprawił, że zamiast piaszczystego brzegu mieliśmy naturalną strefę błotną. Jednak klimatu temu miejscu odmówić nie można. Tym bardziej, że wieczorem rozpoczął się wielki festiwal – koncert żab, któremu idealnie wtórowało Mańkowe chrapanie. Przy okazji po raz kolejny przekonałam się, że ja to jednak Janusz biznesu jestem! Gdybym wcześniej pomyślała o sprzedaży biletów na to wydarzenie, pewnie byśmy wrócili z wakacje bogatsi. W co nie wnikam, ale bogatsi. ;)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)



.jpg)
%20(1).jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz