Przejdź do głównej zawartości

Góra św. Anny - miejsce pełne historii


Góra św. Anny od wieków była miejscem kultu, ale też i areną krwawych walk. To tutaj bowiem rozegrała się jedna z najważniejszych bitew III Powstania Śląskiego. Zginęło wtedy 50 żołnierzy Freikorpsu i to ich śmierć zapoczątkowała plany stworzenia na tym terenie czegoś wyjątkowego. Postanowiono wybudować amfiteatr. Ale nie miała być to  jakaś popierdółka, tylko wielkoskalowe przedsięwzięcie - miejsce,  gdzie można czcić bohaterów, motywować ludzi i przede wszystkim siać propagandę. Do tego celu idealnie nadawał się kamieniołom wapienia, który to jego właścicielka "dobrowolnie" przekazała partii nazistowskiej.  I tak rozpoczęła się budowa czegoś, co po dziś dzień wzbudza w wielu ludziach zachwyt. Bo na czym, jak na czym, ale na budowaniu Niemcy się znali. 

Amfiteatr ukończono w 1938 r i jest to zdecydowanie jedno z najbardziej imponujących miejsc Opolszczyzny. To monumentalne dzieło ludzkich rąk wkomponowano w naturalny krajobraz dawnego kamieniołomu i tym, co robi chyba największe wrażenie, jest niesamowita akustyka tego miejsca. Niczym w antycznym teatrze  słowo wyszeptane ze sceny jest doskonale słyszane w ostatnich rzędach. A tych jest jest kilkadziesiąt. Wykute z wapienia i porfiru mogły pomieścić szacunkowo między 30 a 50 tysięcy ludzi!
Aby nie zapomnieć o poległych żołnierzach, nad krawędzią amfiteatru wybudowano olbrzymie mauzoleum. Mam wrażenie, że powstało ono bardziej dla pokazania innym, że opłaca się umierać za ojczyznę, niż dla faktycznego uczczenia zmarłych. Ale to moje osobiste zdanie.
Budowa amfiteatru była flagowym przedsięwzięciem III Rzeszy, więc jego uroczyste otwarcie miało mieć charakter państwowy. Swoją obecność na tym propagandowym wydarzeniu zapowiedział sam Hitler. Legenda miejska głosi, że zaplanowano pogrzebać go w dawnym kamieniołomie. Do tego celu wykorzystano system rur i korytarzy, które miały chronić obiekt przed zalaniem. To w nich na całej długości trasy Fuhrera i w miejscu jego przemowy ulokowano olbrzymie ładunki wybuchowe. Niestety w noc poprzedzającą zamach nad Górą św. Anny przetoczyła się olbrzymia nawałnica i nastąpiła tak obfita ulewa, że siła wody wypłukała cały materiał wybuchowy z rur wprost pod nogi funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa.
Dziś patrząc na amfiteatr ciężko wyobrazić sobie tamte polityczne napięcia. Spacerując po dawnym kamieniołomie widać, że natura upomina się o swoje. Dawne trybuny kruszeją nadgryzione zębem czasu a w szczeliny wpycha się bezczelnie mech, porastając coraz większe obszary. Nawet wapiennik - pozostałość po dawnej działalności tego miejsca z roku na rok robi się jakby mniej widoczny. 



Góra św. Anny, to nie tylko amfiteatr i gigantyczny Pomnik Czynu Powstańczego wybudowany w miejscu dawnego mauzoleum. 



Ten malowniczy zakątek skrywa w sobie także mroczną historię. Miejsce, które stało się piekłem dla tysięcy ludzi - nazistowski obóz pracy. Historia tego miejsca wiąże się ściśle z budową dzisiejszej autostrady A4 na odcinku łączącym Wrocław z Górnym Śląskiem. W 1940 r. nadzór nad budową przejęła organizacja Schmelt,  która do realizacji projektu postanowiła wykorzystać maksymalnie tanią siłę roboczą. Do obozu zaczęto masowo zwozić ludność pochodzenia żydowskiego, których codziennością stała się niewolnicza praca za przysłowiową kromkę chleba. Obóz ostatecznie zlikwidowano w 1944 r. a ci, którzy przeżyli nieludzkie warunki przy budowie autostrady często trafiali ostatecznie do komór gazowych. Co ciekawe, przez lata historię obozu spychano gdzieś w odmęty historii, skupiając się na walkach powstańczych. Dziś po lagrze nie zostało wiele. Porosłe trawą fundamenty budynków na których ktoś zapala znicze i tablica postawiona przy drodze. 




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kontrowersyjny Ogród Niewiniątek

Kilkanaście lat temu zaczęły się masowe wyjazdy Polaków za granicę  w celach zarobkowych.  Na tej sytuacji mocno cierpiały rodziny a najbardziej dzieci, które musiały znosić rozłąkę z rodzicami. To zainspirowało artystę - Sylwestra Ambroziaka do stworzenia instalacji poświęconej Eurosierotom. Składa się ona z 22 rzeźb wykonanych z żywicy epoksydowej i można ją zobaczyć w dzielnicy Katowic - Szopienicach. Część instalacji znajduje się na terenie Browaru Mokrskich przy ul. Bednorza a część na trawniku przed nim.  Pomimo tego, iż rzeźby pojawiły się już w 2015 r, do dziś wzbudzają spore kontrowersje. Jedni widzą w nich zdeformowane dzieci, inni przybyszy z obcej galaktyki. I chyba nie ma osoby, która przeszłaby obok nich obojętnie. Mnie się podobają, ale jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje. 😉

Jak przypadkiem odnaleźliśmy bunkier na plaży.

  Okolice Nesebyru tak nam się spodobały, że postanowiliśmy tam zostać na dłużej. Nie w samym mieście rzecz jasna a w jakimś uroczym zakątku nieopodal. Tym bardziej, że linia brzegowa tego regionu wynosi, bagatela 50 km! Nie musieliśmy długo szukać, bo już za drugim podejściem natrafiliśmy na fajne miejsce, które idealnie nadawało się na biwak. Z tyłu pilnował nas niedokończony hotel, z boku mieliśmy hotel działający a przed nami rozpościerało się morze. Dodatkowo z miejsca, gdzie stanęliśmy można było dostrzec majaczący gdzieś w oddali Nesebyr. Doskonale widać go było w nocy, kiedy rozświetlony wyróżniał się na tle morza. Idealne miejsce do tego, żeby odpocząć, zregenerować się i nabrać sił do dalszej podróży. Kiedy Maniek zabrał się za rozstawianie namiotu my z Franką wybrałyśmy się na mały rekonesans. Standardowo dołączył do nas kolejny pies, więc znowu przez chwilę mieliśmy na stanie dwa zwierzaki. W sumie, jak się tak zastanawiam, to okazuje się, że Pepsi zawarła w trakcie teg...

Pola naftowe, jaskinie i foki, czyli nareszcie w Bułgarii

  Wjeżdżając do Bułgarii liczyliśmy się z tym, że trzeba przejść przez kontrolę graniczną. Ale nie takiej się  spodziewaliśmy. Podszedł pan, sprawdził dokumenty i poszedł. Nikomu nic nie mówiąc. I tak siedzieliśmy w tym aucie jak dwa ciołki. Czy to już? Zastanawialiśmy się nie mając kogo zapytać, bo jak okiem sięgnąć nie było żywego ducha. No może poza kierowcami tirów, którzy stali karnie tuż przy drodze. Postanowiliśmy się ruszyć, bo co tak będziemy sami stać. Jakby co, to nas zatrzymają, nie? Ale nie zatrzymali. I tym to sposobem znaleźliśmy się w kraju, który był celem naszego wyjazdu. Jechaliśmy drogami, które przypominały  nasze wojewódzkie. I kiedy coraz rzadziej pojawiały się zabudowania, zaczęliśmy się rozglądać za jakimś miejscem na nocleg. Co rusz od głównej drogi odchodziły ścieżki prowadzące ku morzu. Przecinały one olbrzymie trawiaste pola na których gdzieś na horyzoncie majaczyły wiatraki. Zdecydowaliśmy się wjechać w jedną z takich bocznych dróg i tym same...