Wybraliśmy się do Odessy o czym jeszcze pewnie nie raz napiszę, jednak dzisiaj będzie o czymś zupełnie innym. Będąc rezydentami tego pięknego miasta, stwierdziliśmy po jakimś czasie, że bez sensu siedzieć tak w jednym miejscu, mając do dyspozycji 2 tygodnie. Obawiałam się, że przez tak długi czas porobią nam się odciski na tyłkach. Trza się było więc gdzieś wybrać. I to nie na parę minut a na dłużej. I tak wylądowaliśmy w Wilkowie, które nazywane jest Ukraińską Wenecją. Skoro świt pojawiliśmy się na dworcu autobusowym. Po omacku (bo ciemno było) doczłapaliśmy zaspani na platformę nr 14, jak nam poleciła miła pani w okienku i w półśnie oczekiwaliśmy naszego rydwanu. Koniec końców okazało się, że już stoi, tyle tylko, że w innym miejscu. Ale co tam... najważniejsze, że było miejsce siedzące. ;) Po przyjeździe na miejsce znaleźliśmy się w innej rzeczywistości od tej, która otaczała nas w Odessie. Było cicho, nikt nie trąbił, życie płynęło jakby swoim rytmem. W przypływie zachwytu postan...