Po nocy pełnej skrzeku żab i Mańkowego chrapania, poranek upłynął nam na intensywnym poszukiwaniu pożywienia. ;) Znaleźliśmy nieopodal kilka drzewek z przepysznymi mirabelkami, więc dziewczyny zgłosiły się na "ochotnika" do zbiorów. Bo życie za granicą, jak wiadomo, tanie nie jest, a jeść coś trzeba. Do tej pory zastanawiam się, czy za jakąś chwilę nie wjadą mi na chatę jakieś służby, bo uznają, że te wakacje polegały na czerpaniu korzyści z pracy nieletnich. Jakby co, nie pracowały za darmo. Długo potem jeszcze spożywały to, co siłą własnych rąk zebrały. Po śniadaniu nastąpiła pierwsza na tym wyjeździe zmiana planów. Uznaliśmy, że skoro już jesteśmy blisko Timisoary, zwiedzimy ją zanim pojedziemy dalej. I trzeba przyznać, że był to bardzo dobry pomysł. Timisoara to jedno z tych miast, które oczarowują już od pierwszych sekund. Oprócz wszechobecnych zabytków jest tu też atmosfera miasta, w którym chce się być. Tak po prostu. Przy okazji miałam wrażenie, że w któr...