Przejdź do głównej zawartości

Pożarzysko - niewielka wieś z arcyciekawymi zabytkami


Może marzec nie jest wymarzonym miesiącem na jakieś dalekie wyprawy. Dość krótkie dni, szarość we wszystkich odcieniach i chłód, który potrafi przedrzeć się przez kilka warstw ubrań nie nastraja odkrywczo. Przynajmniej mnie. Ale nawet takie nudne miesiące miewają dobre momenty. Jeden z nich przypadł w okolicy weekendu, więc go natentychmiast wykorzystaliśmy. A jak! W planach było pokręcenie się w okolicach Doliny Bystrzycy. Bo po pierwsze mamy tam przysłowiowy rzut beretem a po wtóre, jest to miejsce, gdzie zawsze znajdzie się coś interesującego.  Czasem są to ruiny jakiejś historycznej budowli, czasem dobrze utrzymany pałac a innym jeszcze razem miejsce, które natura ukształtowała w taki sposób, że ciężko uwierzyć że to, na co patrzymy jest rzeczywiste. Wydawać by się mogło, że jadąc tam po raz kolejny, część rzeczy powinna nam spowszednieć i nie powinniśmy liczyć na jakieś większe zaskoczenia. 

O święta naiwności! 

Kiedy już nasyciliśmy oczy ruinami okolicznych pałaców, przez przypadek wjechaliśmy do wsi, która momentalnie nas zachwyciła.  Swoim położeniem, zabytkami i sielskością. A do tego ma ciężką w wymowie nazwę - Pożarzysko. I teraz wyobraźcie sobie obcokrajowca, który wynajął sobie tam dom i właśnie tłumaczy taksówkarzowi, gdzie ma dojechać. :D
Okazuje się, że Pożarzysko jest jedną z najstarszych wsi w okolicach Świdnicy. Pierwsza wzmianka o osadzie i tamtejszym kościele pochodzi z XII wieku. Niestety ta stara świątynia nie przetrwała i w połowie XIII wieku w jej miejsce wybudowano nowy kościół. Służy on  okolicznym mieszkańcom do dziś, jednak łatwego życia nie miał. Ucierpiał mocno w czasie Wojny Trzydziestoletniej. I kiedy już wyremontowano go gruntownie i wydawało się, że zły czas minął, nastała  II WŚ. W jej trakcie wieża, mierząca wówczas 16 metrów, służyła jako punkt obserwacyjny dla niemieckich artylerzystów. To stąd ostrzeliwano radzieckie wojska. Ci drudzy nie pozostawali dłużni i w wyniku wymiany ognia, świątynia pozbawiona została zarówno pokrycia dachowego, jak i części murów.
Czasy powojenne nie sprzyjały renowacji zabytków a zwłaszcza tych sakralnych. W efekcie wieloletnich zaniedbań kościół popadał w totalną ruinę i dopiero lata 70. przyniosły jakieś zmiany. To wtedy zapadła decyzja o odbudowaniu świątyni. Chociaż, jak wspomniał nam poznany pod kościołem mieszkaniec wsi - nowy proboszcz nie chciał odbudować wieży, więc ta obecna jest dużo niższa od  pierwotnej. Nie wiem, jak kościół wyglądał kiedyś, ale obecnie ma się wrażenie, że wyjęto go żywcem z angielskiego krajobrazu. Z pewnością na to wrażenie składa się  zarówno sam wygląd, jak i otoczenie. Niewielka, stojąca na wzniesieniu budowla otoczona jest kamiennym murem    i zamiast tak modnego obecnie betonu, jej teren porasta trawa. Widok jest iście sielski. 




Jakby komuś jednak znudziło się przebywanie na kościelnym terenie, to tuż za murem może się pobujać na huśtawce z pięknym widokiem na Zalew Mietkowski a po drodze znajdzie jeszcze krzyż pojednania pochodzący z XIV - XVI wieku.


Okazuje się, że zabytkowy kościół to nie jedyna atrakcja tej niewielkiej miejscowości. Kilkaset metrów  od niego stoi niepozorny budynek, który przywodzi na myśl przydrożne kaplice. 



Wrażenie jest jednak złudne, bo w środku zamiast świętych figur znajduje się bardzo ciekawy eksponat.  Kiedyś mieszkańcy Pożarzyska mieli olbrzymi problem z dostępem do wody. Dlatego też na terenie wsi wykopano 3 studnie. Do dziś przetrwała jedna z nich i to właśnie ją znajdziemy w środku budynku. Ta XIV wieczna budowla jest wyjątkowa,  bo przy jej powstawaniu użyto tylko i wyłącznie drewna.   Każdy najmniejszy nawet element wykonano z tego naturalnego surowca. Takie cuda!
Głębokość studni sięgała 31,4 m. Niby każdy wie, ile to mniej więcej jest, ale w Pożarzysku da się to zwizualizować. Na chodniku przed budynkiem jest miarka, dzięki której można się przekonać, jak głęboko się dokopano. Jest to świetna inicjatywa i chyba nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś takim. A przynajmniej nie pamiętam. ;) Więc tym bardziej polecam wizytę w tej wyjątkowej wsi. 






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kontrowersyjny Ogród Niewiniątek

Kilkanaście lat temu zaczęły się masowe wyjazdy Polaków za granicę  w celach zarobkowych.  Na tej sytuacji mocno cierpiały rodziny a najbardziej dzieci, które musiały znosić rozłąkę z rodzicami. To zainspirowało artystę - Sylwestra Ambroziaka do stworzenia instalacji poświęconej Eurosierotom. Składa się ona z 22 rzeźb wykonanych z żywicy epoksydowej i można ją zobaczyć w dzielnicy Katowic - Szopienicach. Część instalacji znajduje się na terenie Browaru Mokrskich przy ul. Bednorza a część na trawniku przed nim.  Pomimo tego, iż rzeźby pojawiły się już w 2015 r, do dziś wzbudzają spore kontrowersje. Jedni widzą w nich zdeformowane dzieci, inni przybyszy z obcej galaktyki. I chyba nie ma osoby, która przeszłaby obok nich obojętnie. Mnie się podobają, ale jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje. 😉

Pola naftowe, jaskinie i foki, czyli nareszcie w Bułgarii

  Wjeżdżając do Bułgarii liczyliśmy się z tym, że trzeba przejść przez kontrolę graniczną. Ale nie takiej się  spodziewaliśmy. Podszedł pan, sprawdził dokumenty i poszedł. Nikomu nic nie mówiąc. I tak siedzieliśmy w tym aucie jak dwa ciołki. Czy to już? Zastanawialiśmy się nie mając kogo zapytać, bo jak okiem sięgnąć nie było żywego ducha. No może poza kierowcami tirów, którzy stali karnie tuż przy drodze. Postanowiliśmy się ruszyć, bo co tak będziemy sami stać. Jakby co, to nas zatrzymają, nie? Ale nie zatrzymali. I tym to sposobem znaleźliśmy się w kraju, który był celem naszego wyjazdu. Jechaliśmy drogami, które przypominały  nasze wojewódzkie. I kiedy coraz rzadziej pojawiały się zabudowania, zaczęliśmy się rozglądać za jakimś miejscem na nocleg. Co rusz od głównej drogi odchodziły ścieżki prowadzące ku morzu. Przecinały one olbrzymie trawiaste pola na których gdzieś na horyzoncie majaczyły wiatraki. Zdecydowaliśmy się wjechać w jedną z takich bocznych dróg i tym same...

Jak przypadkiem odnaleźliśmy bunkier na plaży.

  Okolice Nesebyru tak nam się spodobały, że postanowiliśmy tam zostać na dłużej. Nie w samym mieście rzecz jasna a w jakimś uroczym zakątku nieopodal. Tym bardziej, że linia brzegowa tego regionu wynosi, bagatela 50 km! Nie musieliśmy długo szukać, bo już za drugim podejściem natrafiliśmy na fajne miejsce, które idealnie nadawało się na biwak. Z tyłu pilnował nas niedokończony hotel, z boku mieliśmy hotel działający a przed nami rozpościerało się morze. Dodatkowo z miejsca, gdzie stanęliśmy można było dostrzec majaczący gdzieś w oddali Nesebyr. Doskonale widać go było w nocy, kiedy rozświetlony wyróżniał się na tle morza. Idealne miejsce do tego, żeby odpocząć, zregenerować się i nabrać sił do dalszej podróży. Kiedy Maniek zabrał się za rozstawianie namiotu my z Franką wybrałyśmy się na mały rekonesans. Standardowo dołączył do nas kolejny pies, więc znowu przez chwilę mieliśmy na stanie dwa zwierzaki. W sumie, jak się tak zastanawiam, to okazuje się, że Pepsi zawarła w trakcie teg...