Kiedyśmy się zachwycali architekturą Kiszyniowa, kolega zasugerował nam wizytę w Komracie. Miasto to jest oddalone od mołdawskiej stolicy o jakieś 100 km, więc trza było ogarnąć jakiś transport. Poszukaliśmy informacji i koniec końców dotarliśmy na jeden z dworców. Tam zarezerwowaliśmy sobie miejsca na poranny kurs. Pan kierowca był bardzo fajny i wytłumaczył nam gdzie mamy przyjść i co powiedzieć. Niestety, kiedy rano pojawiliśmy się w umówionym miejscu, za kierownicą marszrutki siedział zupełnie inny pan. W sumie nie robiłoby nam to dużej różnicy, gdyby nie fakt, że był nieogarnięty niczym kierowca BMW na osiedlowej uliczce. Najpierw nie rozumiał, że mamy zarezerwowane miejsca, później kazał nam poczekać, po czym nagle zapytał, co tak stoimy. Zapowiadało się na to, że najbliższe 3 godziny upłyną nam miło... Po drodze mieliśmy ze 3 przystanki. Na jednym z nich część ludzi wysiadła, bo było to ich miejsce docelowe. Inni wyszli, żeby rozprostować nogi, zapalić czy też skorzystać z toalety. W międzyczasie dosiadali się inni podróżujący. Tym kierowca powiedział, żeby siadali na pierwsze wolne miejsce. No i zaczęło się, kiedy z przerwy wrócili ci, którzy poprzednio zajmowali okupowane teraz fotele. Zawsze myślałam, że "Pan tu nie stał" to typowo polska gra towarzyska, jednak przekonałam się, że tutaj też ją doskonale znają. Śmiechu było co niemiara....
Pootwierane okna i prędkość chłodziły powietrze w marszrutce, więc kiedy wyszliśmy na prawie czterdziestostopniowy upał w Komracie, zamarzył nam się cień. Niestety, jedyne co mogliśmy sobie zafundować to zimny kwas chlebowy. A, że marszrutka zatrzymała się w pobliżu targu, bardzo szybko namierzyliśmy stoisko z tym boskim napojem. Tak swoją drogą zastanawiam się, dlaczego u nas kwas się nie przyjął. Czasem można go kupić w sklepach, ale to w tych większych, a i tam wybór jest ograniczony.
Kiedyśmy się nieco schłodzili rozpoczęliśmy zwiedzanie. Może i nie jest to miasto, które zabytkami stoi, ale i tak uważam, że warto je zobaczyć. W końcu jest stolicą. Co prawda nie kraju, ale czegoś znacznie ciekawszego moim zdaniem. Gagauzja, bo tak nazywa się ten obszar jest zamieszkiwana przez ludność pochodzenia tureckiego, która wyznaje prawosławie. W dodatku zamieszkuje tereny Mołdawii, będąc jednocześnie autonomią. Mieszkańcy tego rejonu nie uznają zwierzchnictwa Kiszyniowa. Mają swój rząd, flagę i hymn. Dzieci w szkołach uczą się rosyjskiego. On też jest tu językiem urzędowym. O tym, jak bardzo jest to miejsce prorosyjskie świadczy chociażby główna ulica miasta - nazwano ją od imienia Lenina. Zresztą jego pomnik stoi w centralnym miejscu tego miasta. Poszliśmy go rzecz jasna zobaczyć, bo to jednak nie jest częsty widok.
Miejscem, które również odwiedziliśmy był targ. Taki, jak to kiedyś u nas bywały - miejsce, gdzie można kupić wszystko począwszy od śrubki na zwierzętach domowych kończąc. Ciekawe czy też tak jak my, dawno temu mierzą ciuchy na kartonach. Wśród gąszczu alejek znaleźliśmy przetwory własnej roboty powciskane w to, co akurat znajdowało się pod ręką. I nieważne czy to słoik czy butelka.
Były i pisklęta. Kiedy podeszliśmy bliżej nie dość, że nikt nie zaprotestował, to jeszcze sprzedawca zasugerował, żebyśmy lekko potrząsnęli skrzynką - ptactwo się rozbudzi i da się zrobić lepsze zdjęcie.
Najciekawszym miejscem, które znaleźliśmy na bazarku była toaleta. Te z byłego bloku wschodniego zajmują szczególne miejsce w moim sercu i zawsze je odwiedzam. Nie inaczej było i teraz. Bo wizyta w takim przybytku może dostarczyć mnóstwo wrażeń. Wchodzi się przez foliową zasłonę - taką, jak na mrożonkach w marketach a następnie szuka wolnej dziury (muszli tu nie uświadczysz). Korzystający są oddzieleni od siebie murkiem. Ale tylko od siebie. Od tych, którzy wchodzą już nie, bo z przodu nie ma żadnej zasłony czy drzwi. Myślę, że takie wspólne korzystanie z bądź co bądź, ale naturalnych potrzeb w towarzystwie innych ludzi może sprzyjać integracji.
Wychodząc z targu zobaczyliśmy budowlę, która okazała się katedrą św. Jana Chrzciciela. Nie wiadomo, kiedy dokładnie została wybudowana, jednak obstawia się lata pomiędzy 1820 a 1840 r. Na jej ścianach można znaleźć piękne malowidła chrześcijańskie od których ciężko oderwać oczy. Czasem trzeba zadrzeć głowę, bo nawet sufity są nimi ozdobione.
Świątynia otoczona jest parkiem do którego od strony targowiska prowadzi brama z wizerunkiem konia. To zwierzę jest symbolem miasta (nazwa Komrat wywodzi się z języka tureckiego i oznacza brązowego konia).
W parku można się schłodzić przy fontannie (o ile jest woda), pospacerować alejkami czy zwyczajnie usiąść na ławce i pogapić się na rosnące tam rośliny. My gapiliśmy się na Frankę, która okupowała plac zabaw. Nie trwało to zbyt długo, bo w całym parku cienia było na lekarstwo.
Poszliśmy więc w miasto. I był to bardzo fajny spacer, bo ze względu na to, że Komrat nie jest miastem turystycznym, mogliśmy uczestniczyć w jego życiu jak zwyczajni mieszkańcy. Dzięki temu dane nam było zobaczyć fajne bryki, natknąć się na pomnik, poświęcony ofiarom Wojny Afgańskiej a na koniec zjeść obiad w knajpie, gdzie stołowali się okoliczni robotnicy. Bardzo fajny był to dzień. Nie zapomnę go nigdy. ;)




.jpg)
.jpg)






%20%E2%80%94%20kopia.jpg)






.jpg)












Komentarze
Prześlij komentarz