Przejdź do głównej zawartości

Parki Kiszyniowa


 Kiszyniów jest zdecydowanie miastem parków i innych zielonych zakątków. Bo  gdzie nie spojrzeć, czai się jakieś drzewo, krzak czy zwyczajny trawnik. I jest to bardzo fajne, bo okazuje się, że beton znakomicie komponuje się z tą roślinnością. Tak samo jak i z miejscami, które mają dla nas ogromne znaczenie. Zwłaszcza teraz. Kiedy odwiedzaliśmy miasto Franka miała niespełna 3 lata, więc z wielką radością przyjęliśmy to, że w kiszyniowskich parkach są place zabaw. I nie, że postawili jakiś jeden i wszystkie dzieciaki z dzielni okupują go od rana do wieczora. Nie, nie... każdy park ma kilka swoich własnych miejsc do zabaw i bąbelki mogą wybierać, na którym aktualnie mają ochotę się pobawić. Można się wspinać, ślizgać, czołgać czy układać klocki. Co się maluchowi zamarzy.  Do tego większość sprzętów jest na naprawdę wysokim poziomie. Piszę o parkach, ale mam wrażenie, że nie trzeba dużo żeby powstało miejsce zabaw dla najmłodszych. Wystarczy niezagospodarowany kawałek ziemi i  cyk - stawiamy zjeżdżalnię i tor przeszkód.  Myślę, że ich liczbę można porównać tylko do naszych Żabek.  Są dosłownie wszędzie. Stojąc na jednym ma się dwa inne w zasięgu wzroku.  


Ale, żeby nie było, że tylko dzieci mogą z takich miejsc korzystać, pokażę Wam, cośmy ciekawego znaleźli dla siebie. 

Bezapelacyjnie numerem jeden jest dla mnie coś, co zawsze odwiedzam w postsowieckich krajach. Są to ichnie Diabelskie Młyny czy tam Koła widokowe - jak zwał tak zwał. Pcham się tam zawsze bez względu na porę roku. Bo choćby miał mi zadek do siedzenia przymarznąć i tak nie odpuszczę. Na szczęście tym razem było ciepło, więc wizyta na tym wspaniałym wynalazku spowodowała, że banana na twarzy miałam do końca dnia. Mała rzecz a cieszy.

W innym parku natknęliśmy się na opuszczone wesołe miasteczko w wersji mini. Tuż obok hulało większe, więc podejrzewam, że któregoś dnia właściciele stwierdzili, że tego małego już nie będą używać i przenieśli się w inne miejsce. Miejsce stworzone raczej dla najmłodszych, chociaż odwzorowane postaci były trochę przerażające. Być może to jakiś początkujący artysta tworzył figury i rysunki, niewprawną jeszcze ręką próbując skopiować przedstawiony wzór. Powiem szczerze... gdybym wieczorem zobaczyła takiego Kubusia Puchatka, oddaliłabym się w dużym pośpiechu, nawet nie próbując się za siebie oglądać. 



A jeśli ktoś myśli, że w stolica Mołdawii oferuje tylko parki pełne okołourbexowych atrakcji, spieszę z informacją, że i miejsca ekskluzywne są. Takie, gdzie można zrobić sweet focię i na social media zapodać. Miliony lajeczków gwarantowane! Woda spływająca kaskadowo pomiędzy schodami, fontanny, ozdobne pawilony i ścieżki spacerowe dookoła jeziora. Toż to idealny przepis na jakąś romantyczną sesję zdjęciową z dzióbkiem w roli głównej. Ale ja się tam nie znam. Może już inne rzeczy są aktualnie w modzie, więc tylko sugeruję, jakby co. 



Spacerując przy jeziorze znaleźliśmy dziurę w płocie, a za nią piękny niby to park, niby sad. Chwilę trwało przenoszenie wózka z Franką, ale już po chwili byliśmy już w tym dzikim, odstającym od reszty miejscu. Okazało się, że jest to chyba miejsce regularnych wędrówek lokalsów, bo co rusz natykaliśmy się na jakiegoś ludzia. To nasze poświęcenie się opłaciło, bo doszliśmy do miejsca w parku, gdzie zobaczyliśmy pomnik Lenina. Stał tam niewzruszony na cokole, patrząc gdzieś w dal. Był czas, kiedy miasta pozbywały się podobizn tego jegomościa, niszcząc je lub umieszczając w Parkach Pamięci lub innych miejscach skupiających relikty socjalizmu.  A w Kiszyniowie? Tu nie biorą jeńców.  Ustawimy pomnik w środku parku i co nam pan zrobisz? 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kontrowersyjny Ogród Niewiniątek

Kilkanaście lat temu zaczęły się masowe wyjazdy Polaków za granicę  w celach zarobkowych.  Na tej sytuacji mocno cierpiały rodziny a najbardziej dzieci, które musiały znosić rozłąkę z rodzicami. To zainspirowało artystę - Sylwestra Ambroziaka do stworzenia instalacji poświęconej Eurosierotom. Składa się ona z 22 rzeźb wykonanych z żywicy epoksydowej i można ją zobaczyć w dzielnicy Katowic - Szopienicach. Część instalacji znajduje się na terenie Browaru Mokrskich przy ul. Bednorza a część na trawniku przed nim.  Pomimo tego, iż rzeźby pojawiły się już w 2015 r, do dziś wzbudzają spore kontrowersje. Jedni widzą w nich zdeformowane dzieci, inni przybyszy z obcej galaktyki. I chyba nie ma osoby, która przeszłaby obok nich obojętnie. Mnie się podobają, ale jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje. 😉

Jak przypadkiem odnaleźliśmy bunkier na plaży.

  Okolice Nesebyru tak nam się spodobały, że postanowiliśmy tam zostać na dłużej. Nie w samym mieście rzecz jasna a w jakimś uroczym zakątku nieopodal. Tym bardziej, że linia brzegowa tego regionu wynosi, bagatela 50 km! Nie musieliśmy długo szukać, bo już za drugim podejściem natrafiliśmy na fajne miejsce, które idealnie nadawało się na biwak. Z tyłu pilnował nas niedokończony hotel, z boku mieliśmy hotel działający a przed nami rozpościerało się morze. Dodatkowo z miejsca, gdzie stanęliśmy można było dostrzec majaczący gdzieś w oddali Nesebyr. Doskonale widać go było w nocy, kiedy rozświetlony wyróżniał się na tle morza. Idealne miejsce do tego, żeby odpocząć, zregenerować się i nabrać sił do dalszej podróży. Kiedy Maniek zabrał się za rozstawianie namiotu my z Franką wybrałyśmy się na mały rekonesans. Standardowo dołączył do nas kolejny pies, więc znowu przez chwilę mieliśmy na stanie dwa zwierzaki. W sumie, jak się tak zastanawiam, to okazuje się, że Pepsi zawarła w trakcie teg...

Pola naftowe, jaskinie i foki, czyli nareszcie w Bułgarii

  Wjeżdżając do Bułgarii liczyliśmy się z tym, że trzeba przejść przez kontrolę graniczną. Ale nie takiej się  spodziewaliśmy. Podszedł pan, sprawdził dokumenty i poszedł. Nikomu nic nie mówiąc. I tak siedzieliśmy w tym aucie jak dwa ciołki. Czy to już? Zastanawialiśmy się nie mając kogo zapytać, bo jak okiem sięgnąć nie było żywego ducha. No może poza kierowcami tirów, którzy stali karnie tuż przy drodze. Postanowiliśmy się ruszyć, bo co tak będziemy sami stać. Jakby co, to nas zatrzymają, nie? Ale nie zatrzymali. I tym to sposobem znaleźliśmy się w kraju, który był celem naszego wyjazdu. Jechaliśmy drogami, które przypominały  nasze wojewódzkie. I kiedy coraz rzadziej pojawiały się zabudowania, zaczęliśmy się rozglądać za jakimś miejscem na nocleg. Co rusz od głównej drogi odchodziły ścieżki prowadzące ku morzu. Przecinały one olbrzymie trawiaste pola na których gdzieś na horyzoncie majaczyły wiatraki. Zdecydowaliśmy się wjechać w jedną z takich bocznych dróg i tym same...