Przejdź do głównej zawartości

Cricova - winnica w dawnej kopalni

 


Teren Cricovej, jak i praktycznie całej Republiki Mołdawskiej znajdował się kiedyś pod wodą i stanowił część jeziora Paratetyda.  Powiedzieć o nim, że było ogromne to nic nie powiedzieć. Szacuje się, że było w nim 10 razy więcej wody niż we wszystkich współczesnych jeziorach razem wziętych. Wody już nie ma, ale pozostały po niej chociażby wapienie. I to w nich drążono tunele a urobek przeznaczano na odbudowę między innymi odległego o 15 km Kiszyniowa, który w wyniku działań wojennych leżał w ruinie. Cricova nazywana była kiedyś "miastem górników" i przyjechaliśmy tu po to, aby  odwiedzić jedną z kopalń. Co prawda zaprzestano już wydobycia a sam obiekt obecnie spełnia inne funkcje, ale  myśl o  chodzeniu po korytarzach dawnego wyrobiska zawsze wywołuje u mnie pozytywne odczucia. Legenda mówi, że mieszkał tu kiedyś mnich, który zajmował się produkcją wina. Po tym, jak pojawili się  Turcy, postanowił uciekać i schronił się w skałach, gdzie kontynuował swój proceder. Podobno wciąż słychać tu jego krzyki, które dały nazwę całemu kompleksowi winiarskiemu - "cric" po rumuńsku oznacza krzyk. 

Obecnie Cricova nazywana też "podziemnym miastem wina" ma ok. 120 km korytarzy, które w najgłębszym miejscu sięgają nawet 100 m. Jak na miasto przystało, uliczki mają swoje nazwy, które pochodzą od gatunków win. Jeżdżą po nich elektryczne samochody z których wyglądają z zaciekawieniem turyści. Część trzęsie się z emocji a część z zimna. Ci ostatni nie pomyśleli zawczasu o zabraniu wierzchniego okrycia. Bo pomimo upału na zewnątrz, w winnicy panuje stała temperatura - ok. 12 st. C. A szybkość, z jaką melexy pokonują trasę, odczuwalnie ją obniża. Ze zmarzniętymi nosami przyglądamy się więc imponującej zawartości tego wapiennego kolosa.  Przechowuje się tu około 40 mln litrów wina, wliczając w to butelki kolekcjonerskie, należące do osób znanych z pierwszych stron gazet oraz te, które przeznaczy się do sprzedaży.




Nie samymi winami Cricova jednak stoi. Znajdziemy tu też podziemne kino, gdzie przy lampce szampana obejrzymy historię tego miejsca i cały proces wytwarzania trunku. Jest muzeum, jest i kaplica, w której można wziąć ślub, jakby kto taką fantazję miał. Sale degustacyjne są urządzone z takim przepychem, że aż chce się pójść do sklepu i zakupić odpowiedni przyodziewek na okoliczność wejścia tam. 





Tym, co zrobiło na mnie ogromne wrażenie, była praca jednej z pań, która w białych rękawiczkach ręcznie przekładała butelki z winem. Takich butelek jest do obrócenia 350 000 i robi się to co 2. dzień. Taka trochę syzyfowa praca, ale dzięki temu jest bezpiecznie. Bo kiedyś niekoniecznie tak było. Proces produkcji tego szlachetnego trunku był pracą w warunkach szkodliwych i robota nie tyle się paliła, co wybuchała w rękach.  I stąd, znane nam powiedzenie "kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana". 

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kontrowersyjny Ogród Niewiniątek

Kilkanaście lat temu zaczęły się masowe wyjazdy Polaków za granicę  w celach zarobkowych.  Na tej sytuacji mocno cierpiały rodziny a najbardziej dzieci, które musiały znosić rozłąkę z rodzicami. To zainspirowało artystę - Sylwestra Ambroziaka do stworzenia instalacji poświęconej Eurosierotom. Składa się ona z 22 rzeźb wykonanych z żywicy epoksydowej i można ją zobaczyć w dzielnicy Katowic - Szopienicach. Część instalacji znajduje się na terenie Browaru Mokrskich przy ul. Bednorza a część na trawniku przed nim.  Pomimo tego, iż rzeźby pojawiły się już w 2015 r, do dziś wzbudzają spore kontrowersje. Jedni widzą w nich zdeformowane dzieci, inni przybyszy z obcej galaktyki. I chyba nie ma osoby, która przeszłaby obok nich obojętnie. Mnie się podobają, ale jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje. 😉

Jak przypadkiem odnaleźliśmy bunkier na plaży.

  Okolice Nesebyru tak nam się spodobały, że postanowiliśmy tam zostać na dłużej. Nie w samym mieście rzecz jasna a w jakimś uroczym zakątku nieopodal. Tym bardziej, że linia brzegowa tego regionu wynosi, bagatela 50 km! Nie musieliśmy długo szukać, bo już za drugim podejściem natrafiliśmy na fajne miejsce, które idealnie nadawało się na biwak. Z tyłu pilnował nas niedokończony hotel, z boku mieliśmy hotel działający a przed nami rozpościerało się morze. Dodatkowo z miejsca, gdzie stanęliśmy można było dostrzec majaczący gdzieś w oddali Nesebyr. Doskonale widać go było w nocy, kiedy rozświetlony wyróżniał się na tle morza. Idealne miejsce do tego, żeby odpocząć, zregenerować się i nabrać sił do dalszej podróży. Kiedy Maniek zabrał się za rozstawianie namiotu my z Franką wybrałyśmy się na mały rekonesans. Standardowo dołączył do nas kolejny pies, więc znowu przez chwilę mieliśmy na stanie dwa zwierzaki. W sumie, jak się tak zastanawiam, to okazuje się, że Pepsi zawarła w trakcie teg...

Pola naftowe, jaskinie i foki, czyli nareszcie w Bułgarii

  Wjeżdżając do Bułgarii liczyliśmy się z tym, że trzeba przejść przez kontrolę graniczną. Ale nie takiej się  spodziewaliśmy. Podszedł pan, sprawdził dokumenty i poszedł. Nikomu nic nie mówiąc. I tak siedzieliśmy w tym aucie jak dwa ciołki. Czy to już? Zastanawialiśmy się nie mając kogo zapytać, bo jak okiem sięgnąć nie było żywego ducha. No może poza kierowcami tirów, którzy stali karnie tuż przy drodze. Postanowiliśmy się ruszyć, bo co tak będziemy sami stać. Jakby co, to nas zatrzymają, nie? Ale nie zatrzymali. I tym to sposobem znaleźliśmy się w kraju, który był celem naszego wyjazdu. Jechaliśmy drogami, które przypominały  nasze wojewódzkie. I kiedy coraz rzadziej pojawiały się zabudowania, zaczęliśmy się rozglądać za jakimś miejscem na nocleg. Co rusz od głównej drogi odchodziły ścieżki prowadzące ku morzu. Przecinały one olbrzymie trawiaste pola na których gdzieś na horyzoncie majaczyły wiatraki. Zdecydowaliśmy się wjechać w jedną z takich bocznych dróg i tym same...