Zawsze myślałam, że jedyne "magiczne" góry koło Wrocławia to Ślęża i Radunia. I tak sobie w tym swoim przeświadczeniu trwałam, dopóki pewnego pięknego dnia nie przyjechałam na Gromnik. Bo on też nie dość, że był związany z dawnymi wierzeniami, to jeszcze po jego zboczach błąka się po dziś dzień duch. Taki najprawdziwszy w zbroi, jeśli wierzyć legendom, bo sama go na oczy nie widziałam.
Na Gromnik wybieraliśmy się już od dobrych kilku lat, jednak nigdy nie było nam po drodze. To jedno z miejsc, które są "blisko i w każdej chwili można tam przecież podjechać". No i tak podjeżdżaliśmy i podjeżdżaliśmy a efektów widać nie było. W zasadzie tym razem też dotarliśmy tam przez przypadek, bo celem naszego wyjazdu był kamieniołom w Gościęcicach.
Ten z kolei okazał się niezbyt okazały, więc poszwędaliśmy się chwilę i uznaliśmy, że skoro jesteśmy tak blisko, może zobaczymy w końcu ten Gromnik. Więc stało się - nadszedł w końcu ten dzień. I po tym wyjeździe wiem już, że z pewnością tam wrócimy. Jest to tak piękne miejsce, że chce się tam po prostu być. Okoliczności przyrody zwalały dosłownie z nóg. Osadzająca się na krzakach szadź w połączeniu z ciepłym światłem i chylącym się już ku zachodowi słońcem sprawiały wrażenie jakby obrazu namalowanego przez bardzo utalentowanego artystę.
Gromnik jest wielki, choć jego wysokość to zaledwie 393 m. n.p.m. Bo nie jednostkę miary mam na myśli bynajmniej. Gdyby był człowiekiem, mówiono by, że prowadził bardzo rozrywkowe życie. Bo to, co się działo na Gromniku, zostaje na Gromniku. Okazuje się, że już w czasach prehistorycznych góra mogła być ośrodkiem kultu pogańskiego - co do tego historycy są podzieleni. Nie ma za to wątpliwości, co do istnienia w tym miejscu jeszcze przed naszą erą grodu kultury łużyckiej a w IX wieku naszej ery na Gromniku zamieszkali Ślężanie. I choć taka przeszłość stawia ten szczyt w czołówce najciekawszych miejsc, to okazuje się, że ma on w zanadrzu jeszcze wiele ciekawych opowieści. Jak choćby tę o braciach von Czirn, którzy zbudowali na górze swoją siedzibę. I nie byłoby w tym nic dziwnego, bo miejsce ze względu na położenie doskonale nadawało się do celów obronnych, co, jak wiadomo kiedyś było dość istotne już na etapie planowania budowy nowego domu. Bo XV wiek do miłych i sympatycznych nie należał. Tak, jak i sami bracia, bo zamiast zająć się urządzaniem nowego domostwa, planowaniem parapetówki i kontemplowaniem przyrody, ci doszli do wniosku, że coś mało się dzieje. I sami zajęli się zapewnianiem sobie atrakcji. Niestety robili to kosztem innych, bowiem dranie jęli pobierać haracze od kupców zmierzających w stronę Wrocławia i Świdnicy. A kiedy to przestało im wystarczać, wpadli na pomysł ograbienia zamku w Otmuchowie. Do tego wszystkiego Opitz von Czirn stworzył sobie w zamku prywatną mennicę gdzie fałszował pieniądze. I robił to na tyle sprytnie, że cała sprawa wyszła na jaw dopiero po 650 latach. Cóż... jak widać panowie wiedli całkiem rozrywkowe życie. Jednak co za dużo to i świnia nie zeżre, jak mawiała moja babcia. Więc pewnego dnia rozeźlone wojska biskupie i wrocławskie najechały na zamek rabusiów. I trwały tam 2 tygodnie, dopóki ci nie skapitulowali a sam gród nie został zburzony. I jeśli ktoś myśli, że to już koniec, to nie, bo bracia niczym bumerang powrócili. Dostawszy pozwolenie na budowę, postawili w ciągu jednego roku nową siedzibę. Nie nacieszyli się nią jednak zbyt długo, bo warownia po raz kolejny została zburzona a von Czirnowie opuścili Gromnik. Choć nie do końca, bo według legendy ducha Jana von Czirn można spotkać w pobliżu dawnego grodu. Być może wykurzył on skutecznie przybywających na ten teren ludzi, bo dość długo góra była pozostawiona sama sobie.
Zyskała dopiero na atrakcyjności na przełomie wieków XIX i XX, kiedy to na jej szczycie postawiono wieżę widokową i gospodę. Wtedy zaczął się ruch jak na Krupówkach. Gdyby istniały wówczas telefony komórkowe, sieć zalałaby fala selfików z Gromnika. Na szczęście ta technologia była jeszcze niedostępna, więc ludzie słali tylko pocztówki z widokiem słynnej góry. I taki celebrycki stan trwał aż do końca II WŚ, kiedy wszystko, co niemieckie było złe. Wyburzono zabudowania a o Gromniku pamiętali jedynie spacerowicze, chcący pokontemplować w ciszy i spokoju. Ewentualnie przy okazji nazbierać grzybów na Święta czy wyprowadzić psa.
Na szczęście na początku naszego wieku, posprzątano bałagan i postawiono nową wieżę widokową. Ta łącznie z ruinami zamku stanowi niewątpliwą atrakcję, więc Gromnik po latach zapomnienia znowu staje się celebrytą. Póki co lokalnym, ale znając jego przeszłość, wierzę, że to się niebawem zmieni. Czego mu z całego serca życzę.



Komentarze
Prześlij komentarz