Przejdź do głównej zawartości

Goszcz - to tu toczono bitwy o szmaty



Do tej pory styczeń był dość pochmurny a aura nie zachęcała do spacerów. Kiedy więc za oknem zobaczyłam kawałek nieba, które nie było zasnute chmurami i przepuszczało gdzieniegdzie słoneczne promienie, uznałam, że jedziemy. Na dłuższe podróże przyjdzie czas przy lepszej pogodzie a na teraz wybraliśmy Goszcz. Dlatego, że już tam byliśmy kilka lat temu i chcieliśmy zobaczyć, jak zmodernizowano pałac, który wówczas ledwo trzymał się pionu, wspierając się na betonowym murze . Zewsząd wyłaziła bujna roślinność, broniąc zazdrośnie dostępu do wnętrza budynku. Widok nie napawał optymizmem


Pełni werwy wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy. Po drodze upał nieco zelżał i chyba dla stworzenia klimatu, zaczął padać śnieg. Plus takiej pogody jest taki, że mało kto decyduje się na wycieczki i można  zrobić zdjęcia bez statystów, co przy normalnym ruchu turystycznym raczej nie jest możliwe. 

Przez te opady, jakoś przegapiliśmy wjazd na parking i stanęliśmy pod kościołem. Tym to sposobem zobaczyliśmy i park i pałac od strony zaplecza. I był to całkiem zachęcający widok, bo natknęliśmy się na znajdujący się tam staw. Co prawda był skuty lodem, ale i tak prezentował się dostojnie, przykryty białym puchem. 


Czytałam kiedyś, że to właśnie bliskość wody nadała  Goszczowi dużego znaczenia, albowiem postawiono tu aż 3(!) młyny papiernicze. W czasach, kiedy zakazano używania importowanego papieru, takie przedsięwzięcie było całkiem dobrym interesem. Nie wytwarzano tu co prawda wysokojakościowego papieru, służącego do korespondencji, ale i dla tego gorszej jakości znaleziono zastosowanie. Goszczańskie wyroby wykorzystywano przy produkcji wyrobów tytoniowych a także do pakowania głów cukrowych - rarytasu w ówczesnych czasach. 

Ciekawy był cały proces powstawania papieru, bo odbywał się nieco inaczej, niż większość z nas sobie to wyobraża. Każda papiernia zatrudniała tzw. szmaciarzy, czyli osoby, które jeździły z wózkiem po wsiach i skupowały stare przyodziewki, obrusy i inne niepotrzebne materiały. A trzeba wiedzieć, że kiedyś do produkcji ubrań używano li jedynie materiałów naturalnych, wytworzonych głównie z lnu i konopi. O poliestrach i innych badziewiach nikt wtedy jeszcze nawet nie śnił. Kiedy wózek zapełnił się już był, szmaciarz zawoził urobek do młyna, gdzie dzielono gałgany według grubości. Następnie rozdrabniano i wytwarzano z tego masę papierniczą. Na ryzę papieru, ważącą ok. 6 kg. zużywano jakieś 14 kg szmat. I komu to przeszkadzało, ja się pytam? Dzisiaj, kiedy mamy problem ze starymi ciuchami, pewnie chętnie skorzystalibyśmy z możliwości odsprzedaży staroci panu "od szmat".  Tylko pewnie nie zdarzałoby się tyle bójek co kiedyś, bo  surowca więcej. Kiedyś bijatyki były na porządku dziennym, bo nagminnie  jeden gałganiarz drugiemu chciał podebrać towar sprzed nosa czy też urządzał nielegalne zbiórki. 


Co do samego pałacu, może dziś już kiepsko to widać, ale wzorowany był na francuskich rezydencjach. Do dziś zachowała się jeszcze część zdobień i kamienne figury, które pokazują nam w sensie dosłownym, co znaczy stracić głowę  dla pałacu. On sam spłonął w 1947 r.  Części zniszczeń nie da się odwrócić, jednak to, jaką robotę wykonano tu od mojej ostatniej wizyty zasługuje na wielki szacunek. Można wejść do środka i zobaczyć choć w zarysie jak tu się kiedyś mieszkało. Fajnym pomysłem jest ustawienie we wnętrzach  zdjęć, ukazujących czasy świetności pałacu. Jeśli ktoś chce popatrzeć na innych z góry, też ma taką możliwość. I nie musi się zaopatrywać w sprzęt wspinaczkowy, bo można elegancko wejść po schodach. A tam można się rozglądać na wszystkie cztery świata strony. Doskonale widać bliższą i dalszą okolicę. I karpia też widać.  Bo Goszcz znajduje się na kolorowym szlaku karpia Doliny Baryczy. 







Tuż obok pałacu na zrujnowanym cmentarzu znajduje się mauzoleum Rodziny von Reichenbach. Niestety, widać, że nekropolia jest miejscem spotkań ludzi niekoniecznie dbających o spokój wieczny pochowanych tam osób. Część grobów jest rozkopana a sam cmentarz "dekorowany" jest nie tylko kwiatami. 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kontrowersyjny Ogród Niewiniątek

Kilkanaście lat temu zaczęły się masowe wyjazdy Polaków za granicę  w celach zarobkowych.  Na tej sytuacji mocno cierpiały rodziny a najbardziej dzieci, które musiały znosić rozłąkę z rodzicami. To zainspirowało artystę - Sylwestra Ambroziaka do stworzenia instalacji poświęconej Eurosierotom. Składa się ona z 22 rzeźb wykonanych z żywicy epoksydowej i można ją zobaczyć w dzielnicy Katowic - Szopienicach. Część instalacji znajduje się na terenie Browaru Mokrskich przy ul. Bednorza a część na trawniku przed nim.  Pomimo tego, iż rzeźby pojawiły się już w 2015 r, do dziś wzbudzają spore kontrowersje. Jedni widzą w nich zdeformowane dzieci, inni przybyszy z obcej galaktyki. I chyba nie ma osoby, która przeszłaby obok nich obojętnie. Mnie się podobają, ale jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje. 😉

Jak przypadkiem odnaleźliśmy bunkier na plaży.

  Okolice Nesebyru tak nam się spodobały, że postanowiliśmy tam zostać na dłużej. Nie w samym mieście rzecz jasna a w jakimś uroczym zakątku nieopodal. Tym bardziej, że linia brzegowa tego regionu wynosi, bagatela 50 km! Nie musieliśmy długo szukać, bo już za drugim podejściem natrafiliśmy na fajne miejsce, które idealnie nadawało się na biwak. Z tyłu pilnował nas niedokończony hotel, z boku mieliśmy hotel działający a przed nami rozpościerało się morze. Dodatkowo z miejsca, gdzie stanęliśmy można było dostrzec majaczący gdzieś w oddali Nesebyr. Doskonale widać go było w nocy, kiedy rozświetlony wyróżniał się na tle morza. Idealne miejsce do tego, żeby odpocząć, zregenerować się i nabrać sił do dalszej podróży. Kiedy Maniek zabrał się za rozstawianie namiotu my z Franką wybrałyśmy się na mały rekonesans. Standardowo dołączył do nas kolejny pies, więc znowu przez chwilę mieliśmy na stanie dwa zwierzaki. W sumie, jak się tak zastanawiam, to okazuje się, że Pepsi zawarła w trakcie teg...

Pola naftowe, jaskinie i foki, czyli nareszcie w Bułgarii

  Wjeżdżając do Bułgarii liczyliśmy się z tym, że trzeba przejść przez kontrolę graniczną. Ale nie takiej się  spodziewaliśmy. Podszedł pan, sprawdził dokumenty i poszedł. Nikomu nic nie mówiąc. I tak siedzieliśmy w tym aucie jak dwa ciołki. Czy to już? Zastanawialiśmy się nie mając kogo zapytać, bo jak okiem sięgnąć nie było żywego ducha. No może poza kierowcami tirów, którzy stali karnie tuż przy drodze. Postanowiliśmy się ruszyć, bo co tak będziemy sami stać. Jakby co, to nas zatrzymają, nie? Ale nie zatrzymali. I tym to sposobem znaleźliśmy się w kraju, który był celem naszego wyjazdu. Jechaliśmy drogami, które przypominały  nasze wojewódzkie. I kiedy coraz rzadziej pojawiały się zabudowania, zaczęliśmy się rozglądać za jakimś miejscem na nocleg. Co rusz od głównej drogi odchodziły ścieżki prowadzące ku morzu. Przecinały one olbrzymie trawiaste pola na których gdzieś na horyzoncie majaczyły wiatraki. Zdecydowaliśmy się wjechać w jedną z takich bocznych dróg i tym same...