Wpisałam sobie w wyszukiwarkę: Twierdza Bełogradczik, żeby sprawdzić kiedy można wejść, ile ta przyjemność kosztuje, jak z parkingiem i takie tam. Przy okazji zerknęłam na opinie. Jedna z nich mnie lekko zastanowiła. Pani pisała, że nie warto tam jechać, bo to tylko kupa kamieni i jak ktoś zna trochę świata, to to miejsce nie zrobi na nim żadnego wrażenia. Te słowa przypomniały mi się, kiedy byliśmy już na miejscu i wtedy uznałam, że ja to chyba faktycznie do tej pory żyłam pod kamieniem, albowiem na mnie Bełogradczik zrobił olbrzymie wrażenie. Ba! Robi do tej pory. I kiedy oglądam zdjęcia, sama sobie zazdroszczę, że tam byłam. Ale po kolei.
W planach był oczywiście dziki biwak. I nawet znaleźliśmy świetne miejsce. Tuż przy skałach z miejscem na ognisko i bijącym nieopodal źródełkiem. Cudownym ponoć, więc na wszelki wypadek napiłam się i przy okazji obmyłam. Bo ja wiem, czemu służy? Równie dobrze może uzdrawiać jak i upiększać. Zabezpieczyłam się więc z każdej strony. Kiedy Maniek rozstawiał namiot, wzięłam Frankę i poszłyśmy zobaczyć okolicę. I spodobało mi się to, co widziałam - zieleń, skały, wąska szutrowa droga i cisza. Okazało się, że jest tam nawet szlak wiodący wprost do twierdzy, bo ta była głównym punktem naszej bytności w tym rejonie. I kiedy już snuliśmy plany, jak to następnego dnia udamy się nim na spacer, zaczęło się dziać coś dziwnego. Drogą obok nas zaczęły jeździć samochody. Średnio co minutę mijało nas auto wypakowane jakimś sprzętem. Domyśliliśmy się, że to baloniarze. Bo Bełogradczik śmiało mógłby robić konkurencję Kapadocji. O świcie ponad skałami pojawiają się różnokolorowe balony co wygląda bajecznie. Ale ludzie zajmujący się tym biznesem przygotowują się do lotów znacznie wcześniej. Już wieczorem zwożą sprzęt, potrzebny do porannych lotów. A, że wybraliśmy miejsce akurat na ich szlaku? Nasz pech. Po krótkiej naradzie pozbieraliśmy majdan i pojechaliśmy szukać innego miejsca. Po zachodzie rozbiliśmy się nad jeziorem. Było mi żal tamtej miejscówki, ale i tutaj nad ranem powitały nas latające nad nami balony.
Nacieszyliśmy się nieoczekiwaną niespodzianką i po śniadaniu pojechaliśmy zwiedzać główny punkt programu. Tak, jak pisałam wcześniej - całość zrobiła na nas ogromne wrażenie. Patrząc z dołu pialiśmy z zachwytu, nie wiedząc jeszcze, że to tylko preludium do właściwych atrakcji.
Bełogradczik jest uznawany za zabytek o znaczeniu narodowym. Zbudowano go jeszcze w czasach Cesarstwa Rzymskiego. Wzniesiono mury jedynie częściowo, wykorzystując to, że dostępu do nowopowstającej fortecy strzegły naturalne formacje skalne. A te są imponujące. Nie dość, że wznoszą się na wysokość ponad 70 metrów, to przybierają fantazyjne formy. Większość, o ile nie wszystkie mają swoje nazwy. Możemy więc zobaczyć Kamienne Wesele, Jeźdźca, Derwisza, Pasterza, Zamek , Lwa i wiele innych. Skały te nazywane są baśniową ekstrawagancją. I myślę, że słusznie, bo patrząc na nie, ciężko uwierzyć że to sama natura stworzyła takie dzieła sztuki.
Twierdza po raz ostatni brała udział w działaniach podczas wojny serbsko-bułgarskiej w 1885 r. Legenda głosi, że ostatnia z obrończyń twierdzy rzuciła się w przepaść, a w miejscu, gdzie stała wyrosły niebieskie kwiaty - na pamiątkę jej oczu. A spadać musiała długo, bo wysokość to spora. Stojąc u góry czułam się co najmniej jak zdobywca ośmiotysięcznika. Tam można dotknąć chmur i objąć wzrokiem cały ten piękny teren. Mówi się że Bełogradczik jest dotknięty ręką Boga. I w pełni się z tym zgadzam.
.jpg)
















.jpg)
.jpg)

.jpg)



Komentarze
Prześlij komentarz