Przejdź do głównej zawartości

Kujalnik - kraina borowiną, solą i wodą płynąca.

Chcę Was dzisiaj zabrać w miejsce, które jest dla mnie odkryciem. Miejsce, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia i po odwiedzeniu go w ubiegłym roku, marzyłam, żeby tam powrócić.
A, że marzenia się spełniają, w tym roku również tam zawitałam. 


Kujalnik, bo o nim mowa znajduje się jakieś 12 km od centrum Odessy. Najprościej dostać się tam marszrutką nr 110 z przystanku przy dworcu kolejowym.
Jeśli ktoś zastanawia się, co to takiego ta marszrutka, se poczyta tutaj


W ubiegłym roku, kiedyśmy to zwiedzając Odessę wypuścili się nieco poza jej znane okolice dotarliśmy w to magiczne miejsce. Przekraczając bramę kurortu nie wiedzieliśmy jeszcze jakie niespodzianki na nas czekają. 

Z daleka zobaczyliśmy, jakąś budowlę, która wydawała nam się interesująca. Jęliśmy się więc wspinać po schodach, aby ją zobaczyć z bliska. I kiedy tak szliśmy niespiesznie, zmęczona wędrówką stanęłam i spojrzałam w dół. I nie chciałam wierzyć, że to co widzę jest realne. Zobaczyliśmy kompleks budynków a w oddali wodę - ta była koloru różowo-niebieskiego.
Czy ja omamy jakoweś mam? Przecież trzeźwa niczym świnia jestem. 
Szybciutko  przeszliśmy przez zabudowania,  popatrzeliśmy z góry na piękne widoki i niczym dzicy ludzie ruszyliśmy w dół podziwiać cuda.

A podziwiać jest co. 


Pierwsze wzmianki o kurorcie pochodzą z lat 30. XIXw. Wtedy to młody lekarz, Erast Andrijewskij przekonany o dobroczynnym działaniu słonych błot namówił władze Odessy do wykupienia działki i wybudowania w tym miejscu sanatorium. I był to strzał w dziesiątkę, bowiem złoża borowinowe, pokryte warstwą soli mają naprawdę zbawienny wpływ na funkcjonowanie organizmu. Przekonałam się o tym na własnej skórze. ;) 

Kujalnik zaczął się intensywnie rozwijać w momencie wybudowania linii kolejowej, która łączyła go
z portem w Odessie. Wtedy to do sanatorium zaczęli tłumnie przybywać kuracjusze, chcący skorzystać z naturalnych złóż. I teraz wyobraźcie sobie miejsce, gdzie przechadzają się eleganckie panie w kapeluszach, gdzie gra orkiestra a winiarnia serwuje najlepsze trunki. Polski architekt Mikołaj Tołwiński zaprojektował nowy obiekt sanatoryjny w tzw. systemie pawilonowym. W jego wnętrzu znajdowała się  restauracja o której głośno było w całym Imperium Rosyjskim.
Brzmi fajnie, co?
I być może nadal Kujalnik byłby jednym z najbardziej znanych ośrodków, gdyby nie wybuch II WŚ.
Niestety kurort bardzo ucierpiał w wyniku działań wojennych. Zostały zniszczone prawie wszystkie budynki sanatorium. Po wojnie ośrodek co prawda został odbudowany, jednak w stylu radzieckim. Większość zdobień zalano betonem i postawiono nowe budynki, które miały pomieścić więcej kuracjuszy. Problem w tym, że nie były już tak piękne, jak te zniszczone - to zwykłe szare bloki, jakich wszędzie mnóstwo.

Obecnie część tych obiektów, tak i tych ładnych jak i szarych jest opuszczona. Weszliśmy do jednego z tych brzydkich, jednak w środku można zobaczyć jedynie fragmenty fontanny, butelki po lokalnych trunkach oraz całkiem fajne graffiti. Co ciekawe, na parterze budynku znajduje się sklep. Przynajmniej nie mają uciążliwych sąsiadów. :)






A propos sklepów - przy ostatnim przystanku marszrutki odnaleźliśmy bardzo dobrze zaopatrzony sklepo-bar, w którym można było nabyć drogą kupna środki pierwszej potrzeby. Były tam  i ryby i krewetki  i nawet tak lubiany przez nas kotlet z chlebem. Ja nie wiem, co oni do tego mielonego dodają, ale smakuje zupełnie inaczej niż nasze. Może to kwestia przypraw a może ten klimat powodował, że smak nam się zmienił? Cholera wie. ;)  

Jak w każdym tego typu przybytku można było napić się, tudzież zjeść przy stolikach na zewnątrz. Rzecz jasna skwapliwie z tego przy każdej wizycie korzystaliśmy. 


Nie samym jedzeniem jednak człowiek żyje, więc i w błocie trza się było potaplać. Bo lubię, kiedy moje wewnętrzne dziecko jest szczęśliwe. A pokażcie mi małego człowieczka, który nie lubi być brudny. ;)
 W ubiegłym roku poziom wody był bardzo niski, więc można było zaobserwować sól, która odkładała się na palikach. Było to znacznie bardziej praktyczne dla naszych kąpieli, bo mieliśmy gdzie rozłożyć swoje graty. I suchą nogą, niczym Mojżesz dało się przejść. Do tego ponad powierzchnią były konstrukcje, na których można było posiedzieć. Co prawda trzeba było się przedzierać przez warstwy soli, żeby dotrzeć do błota, jednak takie prace wykopaliskowe były bardzo przyjemne.
Tego roku ze względu na opady, poziom wody był większy, więc trza było kombinować, jak się tu ulokować, żeby nie zamoczyć ciuchów, w których musieliśmy przecież wrócić do domu.  







Sól ma i minusy. Pamiętam, kiedy w ubiegłym roku zobaczyłam wodę, szybciutko ściągnęłam buty, by zamoczyć w niej stopy. I jeszcze szybciej te buty założyłam, bo chodzić się po tym za cholerę nie dało. Może gdybym jakiś kurs fakira zrobiła, dałabym radę, alem nieprzygotowana na takie atrakcje  była.
W tym roku nauczeni doświadczeniem zabraliśmy ze sobą buty do chodzenia w wodzie.
I tak to już można żyć. ;) 


Gdybyście myśleli, że tak się można pookładać borowiną, zmyć to i jechać dalej, muszę Was rozczarować. Zagęszczenie soli jest tak duże, że na skórze po kąpieli zostaje gruba jej warstwa. Dlatego niezbędna jest kąpiel, bo biały pył wchodzi wszędzie i potrafi być nieprzyjemny. Na całe szczęście w centrum kurortu znajdowała się knajpa a obok niej prysznice, z których można skorzystać za 10 hrywien. Jednego dnia mogłam nawet dorobić nieco, bo usiadłam na krzesełku pod kabinami, które okazało się być miejscem dla osób pobierających opłaty. Ja to jednak wiem, jak się ustawić. ;)



Po całodziennych atrakcjach, załapaliśmy się wieczorem na potańcówkę dla emerytów i spotkaliśmy najprawdziwszego lisa.  Jeden z panów chciał mnie nawet wyrwać na opowieści o swoim pobycie w Dubaju. Pojawił się jednak Maniek i wyrwał mnie z emeryckich ramion. A mogło być tak pięknie... ;)

Gdybyście się kiedyś wybierali w te rejony koniecznie przejdźcie przez arkę - legenda głosi, że jeżeli dwie osoby przez nią przejdą, wróży im to szczęście w miłości. Na wszelki więc wypadek przeszliśmy 2 razy. Za moją namową rzecz jasna. Bo lepiej na zimne dmuchać, nie? ;)


Pospacerujcie też po terenie uzdrowiska, bo to naprawdę ładne miejsce.



No i rzecz jasna zobaczcie dzieło polskiego architekta, bo niestety z roku na rok popada w coraz większą ruinę.






Opuszczając zaś teren uzdrowiska zwróćcie uwagę na wytwórnię wód mineralnych.
wejdźcie też na pobliską Żewachową Górę, która zwłaszcza o zachodzie wygląda niczym Hollywood. Więc i jak gwiazda poczuć się można. :)




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kontrowersyjny Ogród Niewiniątek

Kilkanaście lat temu zaczęły się masowe wyjazdy Polaków za granicę  w celach zarobkowych.  Na tej sytuacji mocno cierpiały rodziny a najbardziej dzieci, które musiały znosić rozłąkę z rodzicami. To zainspirowało artystę - Sylwestra Ambroziaka do stworzenia instalacji poświęconej Eurosierotom. Składa się ona z 22 rzeźb wykonanych z żywicy epoksydowej i można ją zobaczyć w dzielnicy Katowic - Szopienicach. Część instalacji znajduje się na terenie Browaru Mokrskich przy ul. Bednorza a część na trawniku przed nim.  Pomimo tego, iż rzeźby pojawiły się już w 2015 r, do dziś wzbudzają spore kontrowersje. Jedni widzą w nich zdeformowane dzieci, inni przybyszy z obcej galaktyki. I chyba nie ma osoby, która przeszłaby obok nich obojętnie. Mnie się podobają, ale jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje. 😉

Jak przypadkiem odnaleźliśmy bunkier na plaży.

  Okolice Nesebyru tak nam się spodobały, że postanowiliśmy tam zostać na dłużej. Nie w samym mieście rzecz jasna a w jakimś uroczym zakątku nieopodal. Tym bardziej, że linia brzegowa tego regionu wynosi, bagatela 50 km! Nie musieliśmy długo szukać, bo już za drugim podejściem natrafiliśmy na fajne miejsce, które idealnie nadawało się na biwak. Z tyłu pilnował nas niedokończony hotel, z boku mieliśmy hotel działający a przed nami rozpościerało się morze. Dodatkowo z miejsca, gdzie stanęliśmy można było dostrzec majaczący gdzieś w oddali Nesebyr. Doskonale widać go było w nocy, kiedy rozświetlony wyróżniał się na tle morza. Idealne miejsce do tego, żeby odpocząć, zregenerować się i nabrać sił do dalszej podróży. Kiedy Maniek zabrał się za rozstawianie namiotu my z Franką wybrałyśmy się na mały rekonesans. Standardowo dołączył do nas kolejny pies, więc znowu przez chwilę mieliśmy na stanie dwa zwierzaki. W sumie, jak się tak zastanawiam, to okazuje się, że Pepsi zawarła w trakcie teg...

Pola naftowe, jaskinie i foki, czyli nareszcie w Bułgarii

  Wjeżdżając do Bułgarii liczyliśmy się z tym, że trzeba przejść przez kontrolę graniczną. Ale nie takiej się  spodziewaliśmy. Podszedł pan, sprawdził dokumenty i poszedł. Nikomu nic nie mówiąc. I tak siedzieliśmy w tym aucie jak dwa ciołki. Czy to już? Zastanawialiśmy się nie mając kogo zapytać, bo jak okiem sięgnąć nie było żywego ducha. No może poza kierowcami tirów, którzy stali karnie tuż przy drodze. Postanowiliśmy się ruszyć, bo co tak będziemy sami stać. Jakby co, to nas zatrzymają, nie? Ale nie zatrzymali. I tym to sposobem znaleźliśmy się w kraju, który był celem naszego wyjazdu. Jechaliśmy drogami, które przypominały  nasze wojewódzkie. I kiedy coraz rzadziej pojawiały się zabudowania, zaczęliśmy się rozglądać za jakimś miejscem na nocleg. Co rusz od głównej drogi odchodziły ścieżki prowadzące ku morzu. Przecinały one olbrzymie trawiaste pola na których gdzieś na horyzoncie majaczyły wiatraki. Zdecydowaliśmy się wjechać w jedną z takich bocznych dróg i tym same...