Przejdź do głównej zawartości

Chodź, pomaluj mój świat...

 


Nie wiem, czy Helena Vondráčková śpiewając Malovani Dzbanku myślami była w Zalipiu, 
ale szczerze mówiąc wcale by mnie ten fakt nie zadziwił.
Jest to bowiem miejsce, gdzie oprócz dzbanków malowane są wiadra, rowery a nawet żarówki. Ba! Domy całe! 





Wieś jest tak kolorowa, że wygląda, jakby wyszła wprost z kart jakiejś baśni. Praktycznie na każdym budynku można znaleźć choć maleńki ślad pięknych wzorów.
A nie jest to skansen, lecz miejsce, gdzie żyją i mieszkają ludzie. To oni sami ozdabiają swoje domostwa. Chcąc zobaczyć, co Zalipie ma do zaoferowania, dobrze zrobić sobie spacer i poświęcić na niego trochę czasu, żeby wczuć się w ten klimat i chłonąć to, czego jak sądzę nie zobaczycie w innym miejscu. Przechadzkę dobrze zacząć w Domu Malarek, wziąć mapę i podążyć za jej wskazówkami.
Koniecznie zajrzyjcie też do Zagrody Felicji Curyłowej. Nie jest ona olbrzymia, ale tak klimatyczna, że ja wchodząc na jej teren, nieswojo się czułam bez korali, wianków na głowie i innych elementów stroju regionalnego. ;)








 Myślę, że mogłabym tam siedzieć godzinami, jednak czas nas nieco naglił, gdyż byliśmy w drodze na wakacje. Musiałam więc pozbierać szanowne swe cztery litery i opuścić ten piękny zakątek. Zajrzeliśmy jeszcze do pobliskiego kościoła, który nie dość, że jest pięknie ozdobiony, to sam w sobie ma bardzo ciekawą formę. 





Mieliśmy to szczęście, że byliśmy tam w tygodniu, jeszcze przed rozpoczęciem wakacji, więc uniknęliśmy tłumów. Choć myślę, że jest to na tyle rozległy teren, że nawet spore ilości ludzi sobie nie przeszkadzają. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kontrowersyjny Ogród Niewiniątek

Kilkanaście lat temu zaczęły się masowe wyjazdy Polaków za granicę  w celach zarobkowych.  Na tej sytuacji mocno cierpiały rodziny a najbardziej dzieci, które musiały znosić rozłąkę z rodzicami. To zainspirowało artystę - Sylwestra Ambroziaka do stworzenia instalacji poświęconej Eurosierotom. Składa się ona z 22 rzeźb wykonanych z żywicy epoksydowej i można ją zobaczyć w dzielnicy Katowic - Szopienicach. Część instalacji znajduje się na terenie Browaru Mokrskich przy ul. Bednorza a część na trawniku przed nim.  Pomimo tego, iż rzeźby pojawiły się już w 2015 r, do dziś wzbudzają spore kontrowersje. Jedni widzą w nich zdeformowane dzieci, inni przybyszy z obcej galaktyki. I chyba nie ma osoby, która przeszłaby obok nich obojętnie. Mnie się podobają, ale jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje. 😉

Jak przypadkiem odnaleźliśmy bunkier na plaży.

  Okolice Nesebyru tak nam się spodobały, że postanowiliśmy tam zostać na dłużej. Nie w samym mieście rzecz jasna a w jakimś uroczym zakątku nieopodal. Tym bardziej, że linia brzegowa tego regionu wynosi, bagatela 50 km! Nie musieliśmy długo szukać, bo już za drugim podejściem natrafiliśmy na fajne miejsce, które idealnie nadawało się na biwak. Z tyłu pilnował nas niedokończony hotel, z boku mieliśmy hotel działający a przed nami rozpościerało się morze. Dodatkowo z miejsca, gdzie stanęliśmy można było dostrzec majaczący gdzieś w oddali Nesebyr. Doskonale widać go było w nocy, kiedy rozświetlony wyróżniał się na tle morza. Idealne miejsce do tego, żeby odpocząć, zregenerować się i nabrać sił do dalszej podróży. Kiedy Maniek zabrał się za rozstawianie namiotu my z Franką wybrałyśmy się na mały rekonesans. Standardowo dołączył do nas kolejny pies, więc znowu przez chwilę mieliśmy na stanie dwa zwierzaki. W sumie, jak się tak zastanawiam, to okazuje się, że Pepsi zawarła w trakcie teg...

Pola naftowe, jaskinie i foki, czyli nareszcie w Bułgarii

  Wjeżdżając do Bułgarii liczyliśmy się z tym, że trzeba przejść przez kontrolę graniczną. Ale nie takiej się  spodziewaliśmy. Podszedł pan, sprawdził dokumenty i poszedł. Nikomu nic nie mówiąc. I tak siedzieliśmy w tym aucie jak dwa ciołki. Czy to już? Zastanawialiśmy się nie mając kogo zapytać, bo jak okiem sięgnąć nie było żywego ducha. No może poza kierowcami tirów, którzy stali karnie tuż przy drodze. Postanowiliśmy się ruszyć, bo co tak będziemy sami stać. Jakby co, to nas zatrzymają, nie? Ale nie zatrzymali. I tym to sposobem znaleźliśmy się w kraju, który był celem naszego wyjazdu. Jechaliśmy drogami, które przypominały  nasze wojewódzkie. I kiedy coraz rzadziej pojawiały się zabudowania, zaczęliśmy się rozglądać za jakimś miejscem na nocleg. Co rusz od głównej drogi odchodziły ścieżki prowadzące ku morzu. Przecinały one olbrzymie trawiaste pola na których gdzieś na horyzoncie majaczyły wiatraki. Zdecydowaliśmy się wjechać w jedną z takich bocznych dróg i tym same...