Teren Cricovej, jak i praktycznie całej Republiki Mołdawskiej znajdował się kiedyś pod wodą i stanowił część jeziora Paratetyda. Powiedzieć o nim, że było ogromne to nic nie powiedzieć. Szacuje się, że było w nim 10 razy więcej wody niż we wszystkich współczesnych jeziorach razem wziętych. Wody już nie ma, ale pozostały po niej chociażby wapienie. I to w nich drążono tunele a urobek przeznaczano na odbudowę między innymi odległego o 15 km Kiszyniowa, który w wyniku działań wojennych leżał w ruinie. Cricova nazywana była kiedyś "miastem górników" i przyjechaliśmy tu po to, aby odwiedzić jedną z kopalń. Co prawda zaprzestano już wydobycia a sam obiekt obecnie spełnia inne funkcje, ale myśl o chodzeniu po korytarzach dawnego wyrobiska zawsze wywołuje u mnie pozytywne odczucia. Legenda mówi, że mieszkał tu kiedyś mnich, który zajmował się produkcją wina. Po tym, jak pojawili się Turcy, postanowił uciekać i schronił się w skałach, gdzie kontynuował swój p...